2020

Ostatnio na IG możecie zobaczyć dużo podsumowań rocznych. Ja także takie zrobiłam, podzieliłam się z Wami zdjęciami z ubiegłego roku, miło było sobie przypomnieć o tych wszystkich wydarzeniach, które miały miejsce. Zdjęcia są cudowną pamiątką i za każdym z nich kryje się jakaś historia. Oglądając je uświadomiłam sobie, ile tak naprawdę się wydarzyło! Wraz z początkiem roku przywitaliśmy się z nową rzeczywistością i pierwszym w życiu lockdownem. Wszytsko się zmieniło, nowa sytuacja, mniej pracy, i tyle czasu, którego wcześniej nie było.

Kiedy rozpoczęliśmy pierwszą kwarantannę narodową, pracowałam mniej, w krótszym wymiarze godzin. Każdy z nas musiał wykorzystać jakoś ten okres. Wcześniej większość mojego czasu zajmowała mi praca, dosłownie nią żyłam. Wracałam z pracy, myślałam o pracy, dalej pracowałam, wszytsko kręciło się wokół niej. Kiedy tej pracy było mniej, zauważyłam, że tak naprawdę zapomniałam w tym wszytskim o sobie. Zależało mi na tym miejscu, ale moje podejście do obowiązków było nie zdrowe. Wtedy postanowiłam, że najwyższy czas rozgraniczyć pracę i dom. W wolnych chwilach mam przede wszytskim zdbać o siebie, spędzić czas z mężem, nauczyć się czegoś nowego czy przeczytać książkę. Niby łatwo mówić, ale jak potem wszystko wróci do normy, jak utrzymać ten zdrowy balans? Nie było łatwo, ale zauważyłam jak bardzo się relaksuję i wracam z podwójną energią, gdy mam ten czas na małe rzeczy, które sprawiają mi przyjemność.

Kolejną zmianą było moje podejście do sportu! Jeśli chodzi o jakiekolwiek sporty – jestem leniem. Na przykład na siłowni oglądam Netflixa, żeby nie myśleć o tym, że ćwiczę. A podnosząc ciężarki zamiast robić wdech i wydech – ziewam. Tak ze mną źle. Podczas kwarantanny próbowaliśmy z Faraonem różnych sportów. On jest bardzo aktywną osobą. Spacerowaliśmy, biegaliśmy, skakaliśmy na skakance, o dziwo było przyjemnie! Wtedy coś magicznie przestawiło się w moim myśleniu, że sport to nie jest jednak najgorsze zło świata i nawet może sprawiać satysfakcję. Dla mnie takim ogromnym sukcesem było przezwyciężenie wewnętrznego sportowego lenia, swoich słabości. Szło to w parze z lepszym samopoczuciem i z gubieniem kilogramów.

Trzecią, ale jedną z ważniejszych dla mnie zmian, było zrozumienie, że jest okej pytać o pomoc. To wcale nie oznacza, że jesteśy słabi, a to, że mamy siłę zmierzyć się z walką, która się w nas dzieje. Wtedy zdecydowałam się zapisać na terapię. Chciałam po prostu zrozumieć pewne mechanizmy. Na początku miałam duże wątpliwości, bo się wstydzę, dziwnie tak z kimś rozmawiać, a może jednak odwołam wizytę? Co ta Pani sobie o mnie pomyśli? Może się nad sobą użalam? W czasie pandemii wielu specjalistów otworzyło się na konsultacje online i z takiej opcji właśnie skorzytałam. Mimo wielu wątpliwości, trafiłam na bardzo dobrą terapeutkę. Idealny kompan do rozmów, a to jak wszystko w mojej głowie zaczęło się powli układać, było po prostu magiczne. Nigdy nie pomyślałabym, że kilka rozmów może tak wiele zmienić. A radość, gdy po każdym spotkaniu wychodzisz z większym zrozumieniem siebie, jest bezcenna. Myślę, że jeśli ten cały lockdown by się nie wydarzył zajęłoby mi wieki, aby wybrać się do specjalisty. W pewnym sensie ta sytuacja zmusiła mnie do spojrzenia w głąb siebie. Teraz już wiem, że nie warto czekać, zastanawiać się, tylko po prostu działać!

W moim życiu wydarzyło się kilka zmian, ale także piękna podróż, do kraju z którego pochodzi mój mąż, Egiptu. Wtedy pierwszy raz poznałam moją egipską rodzinę. Wcześniej znałam ich tylko z video rozmów, a zobaczenie ich w rzeczywistości wydawało się niewiarygodne. Stresowałam się przed tym urlopem, jak rodzina męża mnie przyjmie? Jak się okazało przyjęli mnie bardzo dobrze. Od pierwszych chwil czułam, że należę do tej rodziny, jestem ich częścią. Moja teściowa to wspaniała kobieta, dbała o mnie jak o swoją rodzoną córkę. Egipcjanie są bardzo gościnni, każdy starał się nas ugościć jak najlepiej, mam z tego wiele pięknych wspomnień i dodatkowych kilogramów. Jedzenie to nieodłączna część takich spotkań. Było dużo ludzi, jeszcz więcej śmiechu, pięknych widoków i wspomnień. Trochę kłotni, zgubione paszporty, wizyty w szpitalu, ale to wszystko przysłaniają te dobre chwile. Mimo, że nasz kalendarz był zapchany różnymi spotkaniami, mam wrażenie, że nigdy nie odpoczęłam tak jak tam. Miałam kilka tygodni totalnego relaksu, nie używałam telefonu, tylko podziwiałam ten inny dla mnie świat. Miałam czas, żeby się zresetować, wtedy też na poważnie zaczął we mnie kiełkować pomysł o pisaniu bloga, No i jestem!

Ten rok był wyzwaniem dla wielu z Nas, cały świat mierzył się z pandemią. Nasze życia zostały przewartościowane. Mimo to ja oceniam ten rok jako dobry. Udało mi się wprowadzić wiele zmian, które są inwestycją na lepszą przyszłość. Znalazłam nowe hobby, którym jest pisanie dla Was, poznałam wspaniałych ludzi. Mimo całego zła, wydarzyło się jeszcze więcej dobra. A Wam moi drodzy życzę dużo siły i zdrowia. <3

Jak Egipt wpłynął na moje postrzeganie męża?

Pewnie wielu z Was słyszało historię o mężczyznach wizowcach. Wiążą się z europejkami, żeby po otrzymaniu dokumentów szybko je porzucić. Wszędzie o tym głośno i żeby było jasne, wcale nie twierdzę, że tak nie jest i to się nie zdarza. Jednak są różne historie, czasem to miłość, biznes albo okropne oszustwo. Ale nabycie takiej wizy to wcale nie jest taki łatwy temat, jak mogłoby się wydawać.

Dlatego zawsze śmieszy mnie, gdy ktoś pyta, czy możemy wysłać im zaproszenie do Wielkiej Brytanii. Ludziom wydaje się, że działa to jak na Facebooku. Wyślij, zaakceptuj i po robocie. Nie wiem, jak jest w przypadku wizy dla rodziny, czy wiąże się to ze stresem i dużmi wydatkami, ale wiem jak było u nas, moich przyjaciół i ich partnerów. Jest to ogrom nerwów, stresu i udowadniania światu, że jesteście ze sobą na poważnie, z miłości, a nie dla papierka – nic przyjemnego, ale o tym jeszcze kiedyś opowiem wam kilka historii.

Dzisiaj natomiast opowiem Wam, co zmieniło się we mnie i postrzeganiu mojego męża, po wyjeździe do Egiptu. Często wspominał mi o drodze, jaką musiał przejść, żeby móc wyporowadzić się z Egiptu. Ja – człowiek z europejskim paszportem, poniekąd uprzywilejowany, nie do końca to rozumiałam. Zawsze słuchałam, ale nie rozumiałam, nie wydawało mi się to niczym nadzwyczajnym, zapewne dlatego, że moje podróże to kupno biletu, a potem dwuminutowa odprawa. Jego to aplikowanie o wizę, odpowiedź na wiele pytań, a potem następna runda pytań już na lotnisku. Nadszedł czas mojego wyjazdu do Egiptu i otworzyły mi się oczy.

Zobaczyłam przeróżne skrajoności – bogactwo i biedę. Dzisiaj jednak skupię się na tych, którzy muszą zwalczyć o swój los. Spotykając różnych ludzi, najczęściej znajomych, było nam zadawane to jedno, magiczne pytanie, czy możemy wysłać im zaporszenie? I nie była to nawet rodzina, a znajomi spotkani po latach, którzy nie utrzymują z nami stałego kontaktu. Na początku nieustannie mnie to irytowało, zawsze miałam wrażenie, że Ci ludzie myślą, że jesteśmy biletami do Europy. Moje podejście wynikało z tego, że pytając ich, czy wiedzą jak wygląda taki proces, oni tylko dziwili się mówiąc, że przecież musimy ich tylko zaprosić i po problemie. No właśnie, nie. Prawo emigracyjne w Wielkiej Brytanii jest dość surowe. Oczywiście nikomu nie chciało się tego sprawdzić. A gdy mówiliśmy, że przed przeprowadzką warto nauczyć się też języka angielskiego, żeby było łatwiej żyć bądź zacząć studia – tutaj zapał się kończył. Bo trzeba dać coś od siebie, a nie tylko przyjechać na gotowe i rozkoszować się swoim europejskim życiem, za czyjeś pieniadzę i wysiłek. W żadnym wypadku nie chodzi o to, że nie chcemy komuś pomóc, ale o to, że ludzie oczekują pomocy, nie dajac nic od siebie. A ja wychodzę z założenia, że jeśli na coś nie musimy pracować albo nam się nie chce, to po protsu tego nie chcemy i nam nie zależy.

I gdy tak zwiedzałam ten komplenie inny dla mnie świat, słuchając różnych historii, doświadczając różnych zachowań i poznając cały czas nowych ludzi. Pomyślałam o moim mężu, który akurat popijał swoją kawę, w papierowym kubeczku, na jednej z aleksandrysjkich uliczek. Młody człowiek z ambicjami, chęcią zmiany. Nie lubi bylejakości, chce lepiej, bardziej, więcej. Marzył o zamieszkaniu w Europie i osiągnięciu w swoim życiu czegoś więcej. Oczywiście mógł wypisywać do dziewczyn z Europy i liczyć na łud szczęścia, ale wybrał inną drogę. Trudniejszą, ale też taką, która uczyniła go człowiekiem, z którego jestem dumna. Taką, która będzie go zawsze wspierała w drodze po marzenia. Zaczął uczyć się angielskiego, sam z siebie. To był jeden z wymogów, aby dostać wizę – trzeba było przejść testy językowe. W międzyczasie pracował też na dwie zmiany i starał się odłożyć jak najwięcej pieniedzy. I swoją ciężką pracą osiągnął zamierzony cel. Przeszedł cały proces pozytywnie.

Zdjęcie okropne jakościowo, ale je uwielbiam.

Dopiero po tej podróży, poznając realia kraju, zrozumiałam jego historię, to ile pracy i samozaparcia go to kosztowało. Nie chodzi tylko o naukę, uzbierane pieniądze, ale także wewnętrzną siłę, żeby zmienić swoje życie. A także wiarę, która go nigdy nie opuściła. Wiem, że ta historia jest bardzo pozytywna i nie każdemu się udaje, wiem też, że są ludzie, którzy opuszczają swój kraj na łodziach i muszą walczyć o przetrwanie. Mimo to historia mojego męża jest dla mnie ważna, bo zawalczył o siebie, tym samym uświadamiając mnie, jak bardzo można czegoś nie doceniać i nie rozumieć, dopóki nie zobaczy się tego na własne oczy.

Co może Was zaskoczyć na egipskich ulicach?

Samolot wylądował, teraz musimy tylko znaleźć nasze auto, dojechać do domu i zacząć nasze długo wyczekiwane i kilkukrotnie anulowane wakacje, easy!

Czyżby? Wyjście z lotniska graniczy z cudem, ogromne kolejki, a na zewnątrz tłumy taksówkarzy, wykrzykujących tysiące powodów, dla których powinnaś wybrać właśnie ich… Ale mamy pierwszy sukces! Znaleźliśmy samochód, teraz w drogę, to tylko kilka godzin. Zmęczona podróżą, miałam nadzieję na odrobinę snu przed poznaniem rodziny, jednak trochę się przeliczyłam, bo to, co zobaczyłam na ulicach, było tak zaskakujące, że nie myślałam nawet o śnie – ba, nawet dostałam przypływu adrenaliny!

Tima Miroshnichenko z Pexels

A mowa tutaj o następujących sytuacjach:

Rodziny i znajomi podróżujący na jednym skuterze to standard. W pierwszych minutach, po wyjeździe z lotniska było to dla mnie szokujące. Co prawda, Faraon pokazywał mi wcześniej kilkuosobowe przejażdzki na filmikach, ale nie myślałam, że jest to aż tak popularne zjawisko! Jak się później okazało, wszystkie egipskie środki transportu mają jedną wspólną cechę – człowieka na człowieku, nieważne, czy wystaje on do połowy przez okno, ważne, że jedną nogą dalej mieści się w środku pojazdu. Cały czas zastanawiało mnie, jakim cudem jeżdżąc w ten sposób można być tak spokojnym i wyluzowanym? Na przykład z dziećmi, które nawet jakoś porządnie nie mogą się utrzymać. O kasku nie będę nawet wspominać, swoją drogą ciekawe czy w ogóle jest na nie popyt w Egipcie?

Ludzie sprzedający watę cukrową, świecące zabawki, owoce bądź te nieszczęsne chusteczki, na środku ruchliwej ulicy, a nawet autostrady! Moja pierwsza myśl brzmiała : ” Jak nic, zaraz jako jedyna będę świadkiem jakiegoś wypadku, bo nikt inny w tym chaosie tego nie zauważy!”. Jednak prawda była taka, że tylko dla mnie sposób poruszania się tamtejszych kierowców był nowością, dla nich była to codzienność, która nikogo nie szokowała.

Tima Miroshnichenko z Pexels

Kompletnym hardcorem były dla mnie samochody jadące pod prąd! Wtedy już pożegnałam się z życiem i wytłumaczyłam sobie, że prawdopodobnie nie dotrę do domu męża. Oczywiście moja zwariowana głowa od razu zaczęła się zastanawiać, czy rodzina sprowadzi moje ciało, czy może jednak zostanę pochowana w tym nowym świecie? Niewzruszony brat męża podsumował moją panikę jednym, krótkim zdaniem : ,,Don’t worry Oliwia, it’s normal”. Obstawiam, że miało mnie to w jakiś sposób pocieszyć, a jednocześnie uświadomić mi, że przez następne tygodnie wcale nie będę zmuszona żegnać się ze swoim życiem przemierzając ulice Aleksandrii i Kairu. Musiałam się do tego po prostu przyzwyczaić. I tak też się stało, bo późniejsze podróże znosiłam już zdecydowanie lepiej.

Każdego dnia budził mnie dźwięk trąbiących samochodów. W głowie zadawałam sobie tylko jedno pytanie – jeśli oni wszyscy trąbią, to skąd wiadomo na kogo i o co chodzi? Kuzynka powiedziała mi, że ona po prostu lubi sobie tak trąbić, bo czemu nie?! Na dzień dobry, na dowiedzenia, na przepraszam, na obejrzyj się! W takim razie nie zawsze oznacza to, że zbliża się niebezpieczeństwo, czasami to zwyka troska o relacje międzyludzkie! Dowiedziałam się także, że przechodząc przez ulicę muszę utrzymywać kontakt wzrokowy z kierowcą, bo tylko wtedy będzie wiedział, że przechodzę i jest szansa, że akurat mnie nie przejedzie. My zazwyczaj czekaliśmy, aż ktoś przeprowadzi nas przez ulicę – a wszyscy się z nas śmiali.

Właśnie takie są moje pierwsze, egipiskie wrażenia. Mimo, że brzmią trochę traumatycznie i szokująco, to wszystko w pewien sposób ma swój urok i jakoś funkcjonuje. Trzeba jasno powiedzieć, że kierowcy mają po prostu swój secret code w którym się odnajdują i mimo, że ulice wyglądają jak gierka tetris, dotarcie z punktu A do B jest możliwe!

O mnie

Cześć, tutaj tytułowa ,,Żona Faraona”, czyli Oliwia. Aktualnie mieszkam w Wielkiej Brytanii – miejscu, gdzie poznałam mojego męża i poczułam insiprację, by założyć tego bloga. Mieszkając w Londynie i doświadczając innego życia, kultur, poznając ludzi z całego świata, uświadomiłam sobie, że warto jest pokazać, iż inne” (religia, kraj pochodzenianie, kolor skóry) nie znaczy gorsze.

Windsor Eaton Bridge

Mój mąż jest Egipcjaninem, dlatego znajdźecie tutaj dużo historii z naszego życia. Oprócz tego, będą też anegdotki z życia codziennego i przeróżne przepisy.

Na co dzień pracuję w branży optycznej, która pochłania większość mojego czasu, natomiast po godzinach aktywnie działam tutaj bądź na IG – to tam znajdziecie mnie najwięcej. Ogromną frajdę sprawia mi również tworzenie rzeczy DIY, którymi wkrótce będę chciała się z Wami podzielić.

Social media traktuję jak mój dom, dlatego zależy mi na wzajemnym szacunku, który sprawi, że każdy z czytelników będzie czuł się tutaj dobrze.

Tyle na wstępie, jeśli macie ochotę dowiedzieć się czegoś więcej, zapraszam was do lektury moich postów i dzielenia się ze mną waszymi doświadczeniami i refleksajmi. Wszystkie wiadomości i komentarze są mile widziane!